Christophine, chayote, a może quiskil? Obieżyświat na talerzu

Nawet, gdy wydaje mi się, że poznałam już wszystko, nagle wraz z promem przypływa dostawa czegoś zupełnie nowego, wcześniej niewidzianego, od razu budzącego we mnie kulinarno-medyczne emocje. Tak właśnie było z christophiną, choć jak się okazało później, znałyśmy się już wcześniej – lądowała w moich zupach i wegetariańskich curry w Gwatemali.

Różowe słońce: gujawa

Gdy mieszkałam przez krótki czas w centrum Hawany, mój przemiły gospodarz codziennie rano raczył mnie talerzem tego, co na Kubie najlepsze: boskich, dojrzałych, pachnących słońcem owoców. Wyspiarze korzystają z dobrodziejstw klimatu bez ograniczeń – w sklepach wciąż jest niewiele, ale za to uliczne stoiska i wózki uginają się pod ciężarem gigantycznych ananasów, awokado i papai. Między nimi nieco mniej spektakularnie piętrzą się owoce, które przypominają na pierwszy rzut oka żółte lub zielone jabłka: oto gujawy, moje ostatnie odkrycie i wielka miłość.

Madera – Monstera

Madera wystaje sobie spokojnie i dumnie z fal Oceanu Atlantyckiego, rokrocznie przyciągając rzesze ciekawskich. Można tu zjechać na sankach w środku lata, można napić się słodkiego wina. Ale przede wszystkim Madera owocami stoi. I to jakimi!

Żniwka po włosku

Trochę bałam się tej wczesnej jesieni z daleka od Polski. No bo jak tu przeżyć jesień bez tych naszych głęboko tkwiących w sercu i głowie rodzimych smaków i aromatów? Na szczęście Sardynia zaskoczyła mnie bogactwem wszelkich dobrodziejstw, których od jesieni wymagam.

O belle melanzane!

O belle melanzane!, chciałoby się zawołać wstępując pomiędzy stoiska sierpniowego włoskiego targowiska. Nie tylko melanzane, oczywiście, bo wokół piętrzy się całe bogactwo innych kolorowych dóbr śródziemnomorskiego słońca i żyznej ziemi – ale właśnie do nich dziś poprowadził mnie nos i podniebienie, zamierzam bowiem zrobić pyszny, bezglutenowy podwieczorek.